Vive z turbulencjami, ale i punktami w Gdańsku

12 lutego 2020

Podróż z nieba do piekła zaliczyli dzisiejszego (11 lutego) późnego popołudnia szczypiorniści Torus Wybrzeża Gdańsk w pojedynku z mistrzami Polski PGE Vive Kielce. Po pierwszej fantastycznej połowie (11:9) gospodarzy podopieczni Tałanta Dujszebajewa wzięli się mocno w garść i rozstrzygnęli rywalizację tak, jak do tego zdążyli przyzwyczaić w tym sezonie, zwyciężając wysoko 27 do 17.

Kielczanie przyjechali do Trójmiasta zdziesiątkowani. Szkoleniowiec Vive mógł skorzystać raptem z 11 piłkarzy (w tym dwóch bramkarzy), więc możliwości rotowania składem miał ekstremalnie ograniczone. Jednak nazwiska, które znalazły się w protokole meczowym, predestynowały gości do bycia stroną faworyzowaną i to potwierdziło się na parkiecie. Nie od razu, ponieważ profesorskie 30 pierwszych minut w bramce Wybrzeża rozgrywał Przemysław Witkowski, a jego partnerzy z pola poszli za jego przykładem i na przerwę schodzili z zaliczką dwóch bramek. Wydarzenia w drugiej połowie to już klasyczny mecz do jednej bramki, który urządzili sobie przyjezdni oraz niewykorzystanych okazji drużyny Krzysztofa Kisiela.

Pierwsze 240 sekund gry był spektaklem jednego aktora, czyli Przemysława Witkowskiego. Jego instynktowne interwencje w kilku sytuacjach co rusz podrywały publiczność do wzmożonej aktywności. Pewność bramkarza dobrze działała na pozostałych graczy i grając w przewadze otworzyli wynik spotkania, a za sprawą Ksawerego Gajka podwyższyli na 2:0. Goście odpowiedzieli dubletem Branko Vujovicia. Obie ekipy solidnie pracowały w defensywie i zdobywanie bramek przychodziło mozolnie. Po kwadransie wciąż był remis (5:5). Kielczanie popełniali tego dnia mnóstwo błędów, co nie uszło uwadze ich trenera. Okazji nie brakowało, ale jak spod ziemi wyrastał Witkowski, od którego zaczynały się skuteczne kontry Wybrzeża, które z kolei kończyli m.in. Papaj czy Adamczyk (7:5). Leworęczny rozgrywający dał swojej drużynie najwyższe w meczu prowadzenie 10:7 w 26 minucie i wypełniona po brzegi sala jeszcze głośniej zaczęła dopingować czerwono-biało-niebieskich. Do przerwy nie udało się utrzymać tej zaliczki, ale dwa gole nadwyżki (11:9) pozwalały z optymizmem oczekiwać wznowienia gry po przerwie.

W przerwie Tałant Dujszebajew dotarł do swoich zawodników, którzy po 34 minutach wyszli na pierwsze w meczu prowadzenie (11:12)! Dużo ciężej przychodziło gospodarzom wypracowywanie pozycji rzutowych i dopiero Paweł Salacz znalazł lukę na kole i wyrównał stan rywalizacji na 12:12. Do 40. minuty żadna ze stron nie była bliżej zgarnięcia kompletu punktów. Dopiero kilka pomyłek w klarownych sytuacjach graczy Wybrzeża i rosnąca z akcji na akcję skuteczność między słupkami Mateusza Korneckiego odmieniły losy widowiska. Celowniki gdańszczan zupełnie się rozregulowały, natomiast zabójcze kontry kielczan raz po raz sięgały celu i między 40 a 51 minutą przewaga Vive urosła do 9 goli (8 bramek z rzędu gości, 11 minut bez trafienia TWG). To zupełnie wystudziło emocje w samej końcówce, którą mistrzowie spokojnie dograli do ostatniego gwizdka i do stolicy świętokrzyskiego wrócili z kolejną przekonującą wygraną. Torus Wybrzeże – Vive Kielce 17:27.

Torus Wybrzeże Gdańsk vs PGE Vive Kielce 17:27 (11:9)

TWG: Witkowski, Chmieliński – Powarzyński 3, Komarzewski 3, Adamczyk 3, Salacz 3, Gajek 2, Didyk 1, Janikowski 1, Papaj 1, Sulej, Gądek, Sadowski, Frańczak, Pieczonka